John Rambo, ostatni komandos Navarony obudził się dziś wcześnie. Poprawil kamizelkę kuloodporną, której znaczna cześć wystawala mu z rozporka. Ogorzała twarz przypieczona wietnamskim słoncem i napalmem wyglądała posępnie. John był w nienajlepszym humorze. Śnił mu się Fidel Castro dobijajacy widelcem jego matkę. Postanowił się z nim rozprawić raz na zawsze. Chwycił podręczną torbę wypchaną po brzegi granatami i ruszył w promieniach zachodzącego słonca przez las. Dwie puszki po konserwach, które przywiązał do buta na szczęście wesoło pobrzękiwały. Po kilku minutach marszu dotarł do osady Lou-Tseng, na przedmieściu której stała restauracja. Rambo szybko postanowił wejść do środka, by zaspokoić głód i pragnienie. Był bardzo wyczerpany, jednak krańcem ucha zaobserwował nagły ruch w zacienionym rogu speluny. Cisnął w tamtą stronę granat, nim sie zorientował, że bawi się tam piątka wietnamskich dzieci. Szybko spostrzegł swój błąd i postanowił go naprawić, rzucając jeszcze cztery granaty, dla każdego dziecka po jednym. Dopiero po tym podszedł do bladego kelnera, któremu wymierzył potężnego kopa między oczy. Ten, osłupiały jeszcze bardziej zrozumiał, że John składa zamówienie. Notował szybko na kartce rodzaje kopnięć, przewidując, ęe jest to specyficzny rodzaj szyfru. Gdy Rambo skończył, poczołgał się do kuchni, by zrealizować zachciankę gościa. Tam słowo w słowo przekazał zamówienie kucharzowi. Kucharz po godzinie ciężkiej pracy przywołał kelnera do siebie i oddał mu zamuwione dania. Kelner ze strachem podszedł do Johna i wręczył mu posiłek mówiąc drżącym głosem:
- Panskie zacierki i kompot morelowy.
Rambo ze szczęścia skręcił mu kark i zabrał się za pałaszowanie tempym widelcem i krzywym nożem zupki. Na deser zjadł słoik marmolady. Był to jego ulubiony przysmak nie licząc podgniłych wietnamskich podeszw zastępujących gumę do żucia. Gdy kończył jeść zapiał kur. Było już dość późno, więc Rambo podniósł zwłoki kelnera i spytał o pokój, w którym mógłby przenocować. Kelner odpowiedział szeptem, gdyż miał nadwyrężone struny głosowe od śpiewu umilającego jedzenie Johnowi:
- Mamy wolną stajnie.
John uśmiechnął się rzucając nim o ścianę. Kelner odparł na to :
- Miłych snów.
- Dzięki chamie. - krzyknął Rambo, po czym z góry zapłacił kelnerowi za nocleg granatem przeciwpancernym bez zawleczki. Kelner jeszcze raz się uśmiechnął, zmrużył oczy i zasnął. Komandos wyszedł ze zrujnowanej restauracji, by pooddychać świeżym powietrzem. Juz switało.
- Ale rozpierdziel. - mruknął John i położył się spać. Nie dane mu było jednak pospać, gdyż żądny zemsty kucharz sprowadził do wietnamu kosynierów pod przywódctwem Zdzicha K. Do Johna podbiegło wietnamskie dziecko krzycząc:
- Ble.. blu..rblo...gwe !
- Ja ci, kurwa , dam sanki ! - wrzasnął Rambo rozwalając bachora z M-60, który ciągnął za sobą na wszelki wypadek. Mózg chłopca chlapnął na przechodzących przez ulicę skinheadów, którzy zaczeli bić Johnowi brawo. W chwilę później urządzili manifestację antyżydowską, w której Rambo odegrał poważną rolę gazarbaitera. Zadowolony zaszlachtował widelcem pożyczonym z baru szefa skinów, Lunebergisa z Wejherowa zwanego potocznie w niektórych kręgach Brzeziem Okrutnikiem (brat Zdzicha K. - patrz wyżej). Z reszty oprychów sformował V Batalion Antyterrorystyczny pod wezwaniem św. Teresy z Pakistanu.