Numer dziesiąty 15.XI.1997 Pismo Wspólnoty Akademickiej "Fraternia"


Każda chwila

Tomek był człowiekiem, którego ciężko było zaakceptować i polubić, lub może inaczej: był wezwaniem do miłości, na które ja nie byłem w stanie odpowiedzieć; stanowił wyzwanie, którego w swej małości nie potrafiłem podjąć.

Po raz pierwszy zetknąłem się z nim na pierwszych zajęciach niemieckiego na uniwersytecie. Mówił płynnie i niemalże bezbłędnie. Miny ludzi mówiły jednoznacznie, jakie wrażenie zrobiła na nich ta poglądowa lekcja - bo Tomek zajął ją prawie w całości swoją wypowiedzią. Byliśmy początkowo zadowoleni, że mamy w grupie kogoś takiego (człowiek, a szczególnie student to istota wielce interesowna), ale gdy na kolejnych zajęciach sytuacja powtarzała się, zdecydowanie zmieniliśmy zdanie. Jeżeli dodać do tego, w jaki sposób Tomek traktował nas (nie był wzorem pokory i łagodności), można sobie wyobrazić, jak zaczęła odnosić się do niego grupa (i ja w tej liczbie). W końcu daliśmy mu do zrozumienia, że ?go nie chcemy?. Skutek naszego działania w pełni pokrywał się z zamierzonym.

Bardzo zdziwiliśmy się, kiedy na początku drugiego semestru na zajęciach ponownie zjawił się Tomek. Nie zmienił się ani na jotę, ale tym razem wcale nie reagował na nasze "sugestie". Nic więc dziwnego, że wkrótce zaczęło dochodzić do różnorakich starć. Tuż przed Wielkanocą potraktowałem go szczególnie ostro. Wkrótce zaczęły mnie męczyć wyrzuty sumienia. Jakiś czas próbowałem walczyć ze sobą (czy rzeczywiście ze sobą?), ale ostatecznie postanowiłem go przeprosić. Powziąłem też decyzję, że postaram się go zaakceptować (dziś wiem, że była to decyzja minimalistyczna). Powoli docierało do mnie, że Tomek jest pewnym zadaniem, jakie Pan postawił przede mną. Bóg uczył mnie miłości bliźniego, a ja nie byłem najpilniejszym uczniem. Ciężko przychodziło mi przezwyciężyć własną dumę i próżność, przez co odkładałem rozmowę z Tomkiem z dnia na dzień.

Przyszły Święta Wielkanocne. Wyjechałem. Po powrocie dowiedziałem się, że Tomek zginął w tragicznym wypadku.

Kiedy byłem mały, tata podarował mi najpiękniejszy na świecie zegarek, a ja, nie rozumiejąc wielkości daru, wypuściłem go z rączek i przeminął.

Krzyś


Ja chcę wszystko!

Wiem, wiem co poniektórzy oburzyli się widząc powyższy tytuł i zapewne szybko spojrzeli na autora, aby móc później poważnie z nim porozmawiać np. o ... ubóstwie.

Kochani Fratrzy, nie ma powodu do szybkiego bicia serca.

Pomyślcie tylko, sam Bóg mówi nam, byśmy byli świętymi, bo ON jest święty. Mamy upodobnić się do Niego. Czy to nie oznacza pragnienia wszystkiego? Bo czyż dla chrześcijanina, tego, który należy do Chrystusa, ON sam nie oznacza wszystkiego.

Więc powtarzam: ja chcę wszystko, chcę być jak CHRYSTUS, chcę być ?najświętszym zwierciadłem świętości Pana i obrazem Jego doskonałości? (T. Celano), i w ten sposób zdobyć Królestwo Niebieskie. Tak być gwałtownikiem, szaleńcem w oczach świata, by posiąść wszystko - CHRYSTUSA.

Sylwia K.


Klucz i kamień

migawki ze spotkania

Spotkanie grupy modlitewnej w niedzielę (2 XI) o godz. 1700 - jak zwykle - w kaplicy. Każdy może znaleźć swoje miejsce, nawet najbliżej...

Na początku odczytany jest tekst z Ewangelii wg św. Jana:

Maria Magdalena stała przed grobem płacząc. A kiedy [tak] płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa - jednego w miejscu głowy, drugiego w miejscu nóg. I rzekli do niej: ?Niewiasto, czemu płaczesz?? Odpowiedziała im ?Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono?. Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł do niej Jezus: "Niewiasto czemu płaczesz? Kogo szukasz?" Ona zaś sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: "Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę" Jezus rzekł do niej: "Mario!" A ona obróciwszy się powiedziała do Niego po hebrajsku: "Rabbuni", to znaczy "Nauczycielu!" (J 20,11-16)

Później (na chwilę) wchodzi o. Paweł - jest już ponad sześć osób - będzie wystawienie Najświętszego Sakramentu. Ołtarz jest przygotowany. Czekamy.

Po chwili ponownie wchodzi ojciec, mówiąc: "Nie będzie wystawienia Najświętszego Sakramentu. Nie mam klucza do tabernakulum, przepraszam". Istotnie, nikt nie może mieć klucza. Tylko Bóg może odsunąć kamień. "Kamień" ciemności i śmierci.

Tym razem Bóg miał klucz - jednak nie otworzył. Wewnętrzne Zmartwychwstanie - "błogosławieni, którzy uwierzyli", "błogosławieni - czyli szczęśliwi".

Chwała Panu.

Magda S.


Na parapecie poezji przysiadło?

Zadusznego dnia wypominki
zapomnienia o Duszy

NAGROBNE TRWANIE

Na grobach ciepłe ciała,
rozpalone ognie
drgają temperaturą
szminki warg
Nad głową dym
jak
ostatniego papierosa blask
chyba ... jedyna łączność z nimi, tam ...
Na schodach kroków
błotnisty potok
gorejących butów
ma estradowy smak
Foremkowa sztuka
jej współtwórcy
odświeżają styl galerii
czworokątnych portretów
Sztywno rozpostarte
przedłużenia rąk na krople
poruszają się w rytm
nękanych kalorymetrią ciał
Gracją jej ruchów
żółć i zieleń wieńców
przybrały jej kształt,
długie nogi
wysmukliły
na grobach trwanie
Majętny tłum wpłynął
między krużganki krzyży,
moja wędka zachłanności
wyłowiła coś dla siebie.
Ciemne okapturzenie
bezlitośnie nachyliło się
nad jej jasnym czołem
- licujący kontrast
mego niewyważenia.
Takie to było
moje nagrobne trwanie.
Komu potrzebne jest zlitowanie.

Paweł B.


Zacheusz

Nauka, praca, przyjaciele, znajomi, rodzina ("dla ciebie dom, to hotel"), świat jest taki szybki, doba za krótka, nie mam czasu, Panie.

Znowu COŚ mi się nie udało.
KTOŚ gdzieś podłożył bombę i KTOŚ zginął.
Sąsiad osierocił czwórkę dzieci.
A gdzie Ty wtedy byłeś, Boże?
Wciąż szukam Ciebie.

Rysuję Twoje ręce na krzyżu umyślnie
za długie
niech ogarną ludzi najwięcej
rany grubsze stopy za ogromne
wciąż uciekam niech dobiegną do mnie
serce całe jak u świętej wizytki
- Tak nie można - mówią
- za brzydki

(Jan Twardowski)

Zacheusz tak bardzo chciał zobaczyć Jezusa. Był jednak zbyt niski, by Go dojrzeć przez zebrany tłum ludzi.
Nie widzę Ciebie, Panie. Gdzie jesteś?

Mały Zacheusz odnalazł Jezusa. Wspiął się na sykomorę i ujrzał Go. A więc odszukanie Ciebie, Panie, to konkretna decyzja, to działanie. Zacheusz wszedł na drzewo.

Tak
Jakby nigdy nic
Jestem

Nauka, praca, przyjaciele, znajomi, rodzina, ..., powoli wdrapuję się na swoją sykomorę.

Martóh


Spotkania wspólnoty w soboty o godz. 18.00 w klasztorze Ojców Franciszkanów w Gdyni, na Wzgórzu Świętego Maksymiliana. Rozpoczynają się wspólną Eucharystią.


Listy od Pana Boga

Współczesny człowiek ma to do siebie, że traci kontakt z Bogiem. Niewątpliwie przyczynia się do tego rozwój cywilizacyjny ludzkości. Osiągnięcia naukowe sprawiają, że "cuda" stają się codziennością; to co wczoraj było niewyobrażalne, dziś jest czymś oczywistym i normalnym. Sami ludzie zaczynają przypominać bogów.

A Bóg znany nam z kart Pisma Świętego ?

Jeżeli nawet istnieje, to na pewno gdzieś się zdrzemnął i nie zwraca uwagi na nasz szalony świat. Pewnie w ogóle o nim zapomniał. Tyle w nim zła, ludzkiej krzywdy, pomieszania pojęć etc. Taki pogląd reprezentuje z pewnością spora część współczesnych ludzi. Ja się z tym nie zgadzam. Bóg nie śpi, On tu jest... I doświadcza nas na różne sposoby. Tylko my nie potrafimy (lub nie chcemy) zrozumieć Jego znaków.

Co do tych znaków - mam swoją teorię. Wierzę, że Bóg wysyła do nas listy. Są one w różnej formie, ale treść zawsze jest ta sama: prawda o człowieku. Kiedy jest w nim miłość, to znajdzie miłość; kiedy jest w nim nienawiść, to znajdzie nienawiść - itd. Listy te odnajdujemy w naszych własnych przeżyciach, w zachowaniu innych osób, w mediach, w nauce, w sztuce, w polityce, w pracy, na uczelni - praktycznie wszędzie. Wystarczy tylko się otworzyć - tak szczerze, bez oszukiwania siebie, że w naszym świecie Bóg się gdzieś zagubił i spotkać Go można tylko w budynku kościoła. Bóg jest nawet tam, gdzie wydaje się, że nie ma dla Niego miejsca .

Każdy z nas jest wyjątkowy, niepowtarzalny - takimi On nas stworzył. I nie zmieni tego żadne klonowanie, żadna manipulacja genetyczna. Oznacza to, że owe listy adresowane są do każdego z osobna; tak, aby każdy zrozumiał, co Bóg chce mu przekazać.

Myślę, że tego nieraz doświadczyliście i możecie wiele na ten temat powiedzieć. Ja chcę się z wami podzielić moimi odczuciami co do szczególnego rodzaju Bożych przesłań. Chodzi o to, iż w moim przekonaniu Bóg przemawia do nas m.in. przez filmy. Jakie? O tym w następnych numerach "Okna".

Marcun


Wielkie rzeczy po drodze do Emaus

Ostatnio przedziwnym (a może znowu nie takim dziwnym) trafem wpadł mi w ręce bardzo stary numer "Okna". Spojrzałam na datę - no tak, to były moje 'początki' we Fraterni. I jakże się zadziwiłam - każda strona pisma niemal krzyczała, że Bóg jest Miłością Doskonałą, że Pan chce mi dać nowe życie, pragnie mnie prowadzić i obdarzać wszystkim w obfitości. Co bardziej zaskakujące, ja wtedy tego nie słyszałam i z pewnością do dziś kręciłabym się w tę i we w tę (?) po drodze do Emaus, gdyby nie dotyk Wszechmocnego. Bo Bóg osobiście przychodzi i przemawia do Ciebie po imieniu, sam Stwórca zdejmuje łuski z twych oczu i to On napełnia cię Duchem, abyś przemówił uwielbieniem. Przemów więc, mów ze mną głośno 'jak wielkie rzeczy uczynił nam Wszechmocny' (Łk 1,49)

Asia W-ska


Pięta redakcyjna: Bogusia i Błażej, Gdynia, Ujejskiego 40, tel 220238.
Nieupoważnione kopiowanie w całości lub części zalecane.

Poprzedni numerNastępny numer