Numer jedenasty 16.XII.1997 Pismo Wspólnoty Akademickiej "Fraternia"


De vita beata

Ktoś kiedyś powiedział, że najlepszym sposobem na unieszczęśliwienie siebie jest zastanawianie się nad tym, czy jest się szczęśliwym, czy nie. Przyznaję, że się z tym nie zgadzam, uważam, że każdy powinien raz na jakiś czas zagłębić się w problem vita beata. Dawniej poświęcano temu dużo więcej uwagi, niż obecnie: wielu filozofów rozważało, jaką postawę zająć i co zrobić, by żyć szczęśliwie.

Istnieją dwa pojęcia określające szczęście i wcale nie znaczą tego samego. Jedno to FORTUNA (po naszemu fart), oznacza tyle, co pomyślny zbieg okoliczności, na który w zasadzie nie mamy wpływu. Z drugiej strony mieści się BEATITUDO, czyli wewnętrzne poczucie bycia szczęśliwym. Jestem przekonana, że beatitudo (w przeciwieństwie do fortuny) jest kwestią wyboru, powiedzenia sobie: "a ja właśnie będę szczęśliwy, niezależnie od okoliczności, przeciwności, problemów, które życie postawi na mojej drodze", czyli bycie szczęśliwym będąc nieszczęśliwym, może nawet mocno potłuczonym przez los.

Zdaję sobie sprawę, że dla wielu taka postawa jest nie do przyjęcia, chyba dlatego, że w ich mentalności szczęście mocno zrosło się z pojęciem fortuny. Zwróćcie jednak uwagę na ludzi, którzy są rozpieszczani przez los - obdarzeni licznymi talentami, otoczeni przyjaciółmi, mają na swoim koncie kilka tzw. życiowych sukcesów. I coś Czują się bardzo nieszczęśliwi, rozpaczliwie nieszczęśliwi, przerażeni perspektywą kolejnego dnia, takiego długiego, trudnego, smutnego i niepotrzebnego. Z drugiej strony istnieją ludzie, którzy emanują wewnętrznym blaskiem, cichą radością, po prostu szczęściem. Wcale nie dlatego, że im się coś w życiu udało, bo z tym różnie bywa. Myślę, że oni w którymś momencie życia, w głębi duszy podjęli decyzję i wybrali beatitudo, dlatego widzą w życiu sens, uparcie dążą do obranych celów, mają dla kogo żyć, bo widzą wokół siebie ludzi, którzy ich potrzebują i kochają.

Jeżeli jeszcze nie dokonaliście wyboru, to zastanówcie się nad nim. Pomyślcie kiedyś o tym, pamiętajcie BEATITUDO, starajcie się być szczęśliwi.

Basia


Choć już wiele czasu upłynęło od rekolekcji w Wetlinie, pewne wspomnienia wciąż powracają w naszych rozmowach. świadectwo Krzyśkai należy do tego rodzaju wspomnień. świadectwo ukazało się pierwotnie na naszej stronie w internecie: http://www.pg.gda.pl/~miodek/fraternia.

Nowe - Stare wydarzenia

Chciałbym podzielić się najwspanialszym doświadczeniem rekolekcji w Wetlinie - odkryciem Bożej Opatrzności i Ojcowskiej Ręki prowadzącej mnie od urodzenia.

Przed rekolekcjami wydawało mi się, że wierzę, iż Bóg jest obecny w moim życiu. Modliłem się do Niego, ufając, że mnie słucha. Mówiłem: "Tato, dziękuję Ci za to, że mnie kochasz!" Wszystko wydawało się być w porządku. Dzisiaj widzę, że poruszałem się w sferze abstrakcji.

Podczas rekolekcji dostrzegłem konkretne przejawy Bożej Miłości w moim życiu - tej Miłości przez największe M. Często niezrozumiałej i trudnej dla nas do zaakceptowania (Boże, przecież ja wiem lepiej!). Często wymagającej i stawiającej zadania (Boże, czy muszę?). Za to najwspanialszej, bo bezwarunkowej i do końca.

Moje życie zaczęło się układać w moich oczach, niczym puzzle, w ciąg wydarzeń w których Ojciec przyciągał mnie ku Sobie, uczył i prowadził.

Przez wszystkie czasy niewiary - zachłyśnięcia się wolnością i buntu przeciw temu, co stare; racjonalistycznego kultu rozumu i nauki; Boga "pod warunkiem", "ale", "wtedy, gdy" - uczył mnie swego prawdziwego oblicza. Przemieniał moje dziecięce pojęcie o Sobie w bardziej dojrzałe, prawdziwsze. Po każdym kryzysie stawał mi się bliższy.

Przez samotność mimo tłumu ludzi i grupki przyjaciół, miłosne zawody, niezadowolenie z Kościoła, brak wspólnoty, w której czułbym się dobrze, przygotowywał mnie na spotkanie z Sobą, wzbudzał pragnienie Boga żywego i budował tęsknotę.

Przez rodzinę, katechetów, innych księży, wspaniałe wychowawczynie, przyjaciół, znajomych i nieznajomych, a przede wszystkim Maryję, umacniał mnie i podnosił z najgorszych upadków.

Przez moje kończące się zwykle porażkami samotne próby walki z wadami, przez upadki mimo najlepszych chęci, przez bezsilność, uczył mnie, że bez Niego nic nie mogę uczynić.

Szukałem szczęścia i pokoju w rożny sposób. Później, gdy zrozumiałem, że zaspokojeniem moich tęsknot i pragnień może być tylko Bóg, szukałem ludzi, którzy zaprowadziliby mnie do Niego - porażka za porażką. Wreszcie, gdy zdesperowany zacząłem szukać Jego, "wszystko zaczęło się samo układać". Ojciec pozwolił mi Siebie doświadczyć i uwierzyć; przywiódł mnie do wspólnoty i dalej prowadził. W Wetlinie przyjąłem Chrystusa jako mego jedynego Pana i Zbawiciela.

Dziś widzę moje życie, jako konkretny plan Boga "zmagającego" się z moim ludzkim ja i moją chęcią decydowania. Przypominam sobie coraz to nowe-stare wydarzenia i odkrywam na nowo ich sens i znaczenie. Widzę, ze Bóg był zawsze ze mną - nawet wtedy, gdy Go nie odczuwałem lub wręcz odrzucałem. Pozwala mi to wierzyć, że Bóg-Miłość "zawsze świeża i nowa" prowadzi mnie teraz i będzie to robił, aż mnie do Siebie ostatecznie przyciągnie.

Krzysiek


Niezbadane ścieżki

Góral za morzem

... czyli szczypta góralskiej mądrości

To było duże garden party z okazji 4 lipca. Siedzieliśmy sobie popijając różne zdrowotne płyny i zajadając smakołyki. Przysiadł się do nas Góral o wdzięcznym imieniu Ziomek. Zapytał się o perspektywy zawodowe w Polsce. Weszliśmy na temat koneksji i działań "w kuluarach". Ziomek powiedział: "Ja chcę, by moje córki radziły sobie w życiu bez żadnych przekrętów. Nie można uczyć własnych dzieci chodzenia na skróty. Wiecie, bo od bliskich wymaga się więcej. Zrobiłeś świństwo, nie oczekuj "taryfy ulgowej". Zawaliłeś, to ci powiem, że zawaliłeś. Jeśli ja zawalę, powiedz mi. Ważne, by rzecz nazwać po imieniu. Prawda - więcej też można bliskim wybaczyć."

Ziomek swego czasu piastował lukratywną posadę jako dyrektor pewnego muzeum w L.A. Zapytałem, dlaczego zrezygnował: "Wiesz, Grzesiek, było całkiem miło: ciekawe kontakty, niezła pensja, częste podwyżki, wystawne kolacje... Ale wiesz, takie plastikowe życie... Człowiek duszę traci. Ja muszę blisko przyrody, gór i jezior. Inaczej brakuje powietrza..."

I jak tu nie kochać Góraliś

Góral Nadmorski


Nowiny i starocie

Spotkania wspólnoty w soboty o godz. 18.00 w klasztorze Ojców Franciszkanów w Gdyni, na Wzgórzu świętego Maksymiliana. Rozpoczynają się wspólną Eucharystią.

Andrzejkowe pląsanie odbyło się we wspomnienie obowiązkowe świętego Andrzeja Apostoła u Izy Marek.

Wróciliśmy z rekolekcji w Straszynie. Nauki, głoszone przez ojca Tomasza, spotkały się z dużym odzewem i do dziś budzą żywe emocje. Ponadto widzieliśmy dziewczęta - ministrantki.

Diakonia ewangelizacji zaopiekowała się troszeńkę bierzmowanymi.

Niedługo obchodzić będziemy urodziny naszego Zbawiciela.
Z tej okazji redakcja "O" życzy wszystkim, aby ten czas był okresem budzenia się łagodności, a całe życie było pełne Bożej obecności. Amen!!


Listy od Pana Boga

(Trans)misja do waszych serc

Zgodnie z daną wcześniej obietnicą rozpoczynam podróż po świecie filmów, które z różnych powodów uważam za wartościowe i godne polecenia. Filmy niezwykłe do tego stopnia, że uznałem je za "listy od Pana Boga".

Rozpoczynam filmem zapewne bardzo dobrze znanym wielu z was. Chodzi mi o słynną "Misję" (w oryg. "The Mission"), w której główne role zagrali Jeremy Irons i Robert De Niro. Wybrałem to właśnie dzieło, ale nie ze względu na laury (niewątpliwie zasłużone), jakie na nie spłynęły, i nie ze względu na wspaniałą realizację techniczną (wyborna muzyka Enio Morricone, zdjęcia, a także gra aktorów). Wybrałem, bo ten film nie tylko wzrusza, dotyka duszy, nie pozostawia widza obojętnym, ale także dlatego, że w sposób niezwykle wyważony pokazuje nam konflikt wartości duchowych i ziemskich / materialnych. Uczy nas, ludzi wierzących, czym różni się wiara pozorna, formalna od wiary żywej i szczerej. "Misja" jest mi bliska z jeszcze jednego powodu: kiedy niedawno wypożyczyłem ten film byłem w "dołku" psychicznym, ale czułem że czeka mnie coś niezwykłego; coś, czego na pewno nie będę żałował. I nie zawiodłem się. Przyszło oczyszczenie.

Wszystkie moje ważne filmy mają swoją magiczną scenę, która pozostaje na długo w mojej pamięci. W "Misji" niewątpliwie najbardziej wstrząsające są sceny finałowe, ale dla mnie najważniejsza pozostanie wizja nawrócenia i pokuty grzesznika. Pamiętam, jak płakałem razem z De Niro...

Marcun


telegram od redakcji okna

NARÓD KROCZĄCY W CIEMNOŚCIACH UJRZAŁ ŚWIATŁOŚĆ WIELKĄ STOP
NAD MIESZKAŃCAMI KRAJU MROKÓW ŚWIATŁO ZABŁYSŁO STOP
POMNOŻYŁEŚ RADOŚĆ STOP
ZWIĘKSZYŁEŚ WESELE STOP
ROZRADOWALI SIĘ PRZED TOBĄ JAK SIĘ RADUJĄ WE ŻNIWA STOP
JAK SIĘ WESELĄ PRZY PODZIALE ŁUPU STOP

ALBOWIEM DZIECIĘ NAM SIĘ NARODZIŁO STOP
SYN ZOSTAŁ NAM DANY STOP
NA JEGO BARKACH SPOCZĘŁA WŁADZA STOP
NAZWANO GO IMIENIEM STOP
PRZEDZIWNY DORADCA STOP
BÓG MOCNY STOP
ODWIECZNY OJCIEC STOP
KSIĄŻĘ POKOJU STOP
WIELKIE BĘDZIE JEGO PANOWANIE W POKOJU BEZ GRANIC NA TRONIE DAWIDA I NAD JEGO KRÓLESTWEM STOP
KTÓRE ON UTWIERDZI I UMOCNI PRAWEM I SPRAWIEDLIWOŚCIĄ ODTĄD I NA WIEKI STOP ZAZDROSNA MIŁOŚĆ PANA ZASTĘPÓW TEGO DOKONA STOP

Por. Iz. 9.1,2,5,6


Pięta redakcyjna: Bogusia i Błażej, Gdynia, Ujejskiego 40, tel 220238.
Nieupoważnione kopiowanie w całości lub części zalecane.

Poprzedni numerNastępny numer