Numer dwunasty 31.I.1998 Pismo Wspólnoty Akademickiej "Fraternia"


"Na cóż budzić ze snu"

Czasem wydaje mi się, że to wszystko to jakiś piękny sen: świat wokół mnie jest przecudowny, oczy wiary wszędzie dostrzegają dobroć Wszechmocnego? Chociaż z drugiej strony nie mogę sobie wyobrazić, jak by miało wyglądać moje życie "na jawie".

I to najbardziej mnie zaskakuje: jakim sposobem przez 20 lat mogłam żyć bez Boga? Sytuacja taka jest chyba podobna do zakochania się, kiedy ciągle nachodzi nas piorunująca myśl, że bez tej drugiej osoby nasze życie jest po prostu bez sensu. Skoro więc mam problem z odtworzeniem mego "poprzedniego" życia, musiało ono być naprawdę bardzo, ale to bardzo nudne, chociaż wiem, że i wtedy On mnie kochał i starał się mnie prowadzić. Tylko, że ja nigdy nie zgodziłabym się, aby ktokolwiek mną kierował, mówił co mam robić czy rozwiązywał moje problemy. Jako typowy Wodnik (przepraszam) byłam ogromnie wrażliwa na punkcie wolności; ale dopiero teraz jako osoba spod znaku Krzyża, jestem prawdziwie wolna i przyznaję z nieukrywaną radością, że pragnę służyć Panu, bez którego moje życie nie ma najmniejszego sensu.

Jak bum cyk cyk.

Asia W-ska


"Na cóż budzić ze snu, na cóż rozbudzać umiłowaną,
póki nie zechce sama?"

[Pieśń nad pieśniami 8,4b]

Jezus na krzyżu poślubił Kościół - Oblubienicę. [?] Dlatego Oblubienica może zawołać "On jest cały mój".

Z drugiej strony, Oblubieniec woła "Pragnę!" Pragnę Ciebie, moja Oblubienico!

Ale w swej delikatności nie budzi jej ze snu, nie łamie jej wolności. Pozwala jej żyć bez Niego - żyć jakby Bóg nie istniał, mimo Boga, lub wbrew Niemu. Póki nie zechce sama - nie zmusi jej do kochania Go, chociaż tęskni i umiera z miłości.

(ze śpiewnika Wspólnoty Miłości Ukrzyżowanej)


Niezbadane ścieżki

Góral za morzem...

...czyli marzenia się spełniają

Lecąc za Wielką Wodę miałem głowę pełną pomysłów i jedno wielkie marzenie: zobaczyć Świętą Helenę. (Chociaż znany z atencji dla osób pobożnych, mam na myśli czynny wciąż wulkan, a nie spacerującą po rajskich ogrodach Kanonizowaną). I, Panie Dziejku, nie minęły 3 tygodnie mojego pobytu, bym mógł patrzeć i podziwiać? Teraz już noszę w sobie obraz i klimat tego, porażającego wręcz, miejsca. Po 17 latach od erupcji (wybuchu porównywalnym z eksplozją 27 tysięcy bomb z Hiroszimy!) wciąż widać, jak potężną siłą dysponuje natura. Potężna wyrwa w kraterze dobitnie świadczy o skali "fajerwerku". Na pierwszy rzut oka uderza wszechogarniająca szarość wulkanicznego pyłu. Na górskich stokach, w promieniu kilku mil spoczywają ogromne, powalone w ciągu kilku sekund pnie drzew. Połamane niczym zapałki. Jednak tuż obok kwitnie nowe życie. Tam, gdzie popiół i zgliszcza, wyrastają kwiaty i drzewa, hasają zwierzęta. Zieleń zaczyna konkurować z szarością.

Mt. St. Helens to miejsce symboliczne. Czasem stare musi runąć z wielkim hukiem, by nowe i świeże mogło narodzić się w ciszy. Ale i na to potrzeba czasu.

Góral Nadmorski

PS. Moje kolejne marzenie związane z Ameryką: wizyta w Fargo, North Dakota. Oczywiście, za sprawą filmu "Fargo" - to też jeden z "listów od Pana Boga".


Nowiny i starocie

Spotkania wspólnoty w soboty o godz. 18.00 w klasztorze Ojców Franciszkanów w Gdyni, na Wzgórzu Świętego Maksymiliana. Rozpoczynają się wspólną Eucharystią.

Godzina jedności (czas modlitwy za wspólnotę): codziennie o 22.30

Wróciliśmy ze Straszyna, z Wiednia, z kursu Jana i jeszcze z kilku miejsc. Rozpoczęła się sesja...

Patrycja została "kontaktem do spraw sekt".

W dniach 6 - 11 lutego przyjeżdża do Trójmiasta ojciec J. J. Verlinde. Niektórzy z nas wybierają się na różne oficjalne i prywatne, zamknięte i otwarte spotkania z nim.

Poszukujemy miejsca na letnie rekolekcje wspólnoty. Trzeba już zacząć się rozglądać.


O kapłaństwie

Jan Maria Vianney mówił: "Trzeba patrzeć na Kapłana - kiedy stoi przy ołtarzu i w jego codzienności - tak jakby to był sam BÓG". Mocne to słowa, a jakże prawdziwe. A my co? My tylko potrafimy narzekać, oskarżać, źle mówić o Kapłanach. Kiedy wreszcie będziemy spoglądać na Nich oczami Teresy czy Franciszka. Kiedy będziemy ufać Im, tylko ze względu na Ich godność kapłańską i kochać Ich, i szanować, i uciekać się do Nich, nawet gdyby nas ignorowali czy prześladowali. Przecież to Kapłani co dnia tulą CHRYSTUSOWE CIAŁO w Swoich dłoniach i JE nam dają. Jak więc możemy oskarżać Tych, w których powinniśmy widzieć SYNA BOŻEGO, nawet jeśli są grzesznikami. PANU jedynie przysługuje prawo do Ich sądzenia.

Pragniemy, by Kapłani byli święci, a cóż każdy z nas zrobił w tej sprawie? Pomyślmy jak wspaniale byłoby poprzez modlitwę i ofiarę rodzić BOGU święte dusze kapłańskie, stać się apostołami Apostołów. Jakie to niesamowite móc powiedzieć, że jest się matką Kapłanów i oddawać każdą chwilę życia za Nich. Lecz by tak było, trzeba najpierw mieć wiarę, by zobaczyć BOGA ukrytego w Kapłanie, tak jak się widzi światło zakryte przez szybę, albo wino zmieszane z wodą.? (św. J. M. Vianney)

SK


Na parapecie poezji przysiadło

Kuba Podolski

Volant

Pojedynku chce Volant-Fałszywiec o dwóch licach,
A jedno gładsze od drugiego.
Wyzwanie - rzucona rękawica
we mnie,
Potężna, zbyt potężna jak dla niego.
Fałszywa jak on, na gładką jego dłoń
Dużo za duża i wiele za wielka.
Lecz spełniła rolę swą - drgnęła brew,
Złożyłem chorągiew, złożyłem miecz.
Choć Cherubin w rękawie - figura,
A Serafin tuż przy nim jak as,
Nie dane im zwyciężać chwalebnie
Gdy nie ma rozkazu - walcz!
Upadłem, upadłem
Upadnę, upadnę przed Panem.

31 października '97


Kiedy Bóg
drzwi zamyka,
to otwiera

Okno

(ks. Jan Twardowski)


Listy od Pana Boga

O człowieku zwanym słoniem

David Lynch zapewne nie jest zaangażowany w szerzenie Słowa Bożego. U progu swojej kariery reżyserskiej nakręcił jednak film, który - bez względu na zamiar autora - do tego Słowa znacznie nas przybliża.

"Człowiek-słoń" ("Elephant Man") opowiada o tym, że każdy człowiek - chociażby zdeformowany fizycznie do granic możliwości - zasługuje na naszą miłość i szacunek. Ten film to głęboka refleksja nad człowieczeństwem. Tak łatwo pochylamy się nad ludzką tragedią z litości lub po prostu z ciekawości, a kiedy już się nam znudzi, odwracamy się do niej plecami. Tak często odrzucamy drugiego człowieka, jeżeli tylko nie pasuje do naszej koncepcji świata, bez odrobiny wysiłku, żeby go zrozumieć i mu pomóc. Zapominamy o starej prawdzie, że najważniejsze piękno jest skryte w duszy człowieka.

"Człowiek-słoń" na szczęście jest dziełem o pozytywnym przesłaniu, nie opiera się jedynie na pokazywaniu lub potępianiu zła. Oglądając ten film, wyraźnie zobaczysz ewolucję uczuć w chaosie ludzkiego świata: od ciekawości i litości do miłości z jednej strony i od rezygnacji do akceptacji samego siebie z drugiej strony. W tym względzie jakże wymowna jest finałowa scena, kiedy tytułowy bohater kładzie się do łóżka jak każdy przeciętny człowiek.

Nie obejrzałem tego filmu w całości. Kiedy kilka lat temu pokazywała go TVP, ja nie zdawałem sobie z tego sprawy. Siedziałem sam w domu i "skakałem" przy pomocy pilota po kanałach telewizyjnych. Nie znalazłem nic, co by zainteresowało mnie w sposób szczególny. Zdecydowałem w końcu, że obejrzę transmisję z koncertu Carlosa Santany w Warszawie. Po pewnym czasie dotarła do mnie świadomość, że dziwny film na "Jedynce" to właśnie "Człowiek-słoń", o którym słyszałem już trochę wcześniej. Wybuchła we mnie wewnętrzna wojna, co oglądać: kolorowy, radosny show, czy czarno-biały, trochę ponury film. Nie miałem wtedy ochoty oglądać nic trudnego, co wymagałoby ode mnie większego zaangażowania, ale po paru minutach przeskakiwania między dwoma kanałami wybrałem w końcu film. I chyba na tym polega niezwykła siła Prawdy: chociaż się na nią zamykasz, ona i tak odnajdzie drogę do Twojego sumienia.

Marcun


Pięta redakcyjna: Bogusia i Błażej, Gdynia, Ujejskiego 40, tel 6220238.
Nieupoważnione kopiowanie w całości lub części zalecane.

Poprzedni numerNastępny numer